wtorek, 13 stycznia 2009

Fala...


Kolejna fala leniwie przelewa się przez piasek delikatnie obmywając moje stopy. Zimna woda działa kojąco na obolałe mięśnie. Patrzę w stronę horyzontu, za który powoli stacza się ognisty okrąg słońca.
Wyostrzam zmysły. Całym sobą chłonę wszystko, co mnie otacza. Zostaję sam. Ja… szum fal… wiatr i … ostatnie promienie słońca.
A Ty? Czemu nie mogę Cię chwycić za rękę? Czemu jesteś tak daleko, taka nieuchwytna, nieobecna, m a r t w a?...
Kolejne krople spływają po mojej twarzy. Zatrzymują się na brodzie, by w końcu trącone lekkim podmuchem wiatru, po krótkim locie, powiększyć niezliczoną przez nikogo ilość słonych kropel zamykających się w abstrakcyjnej nazwie – o c e a n.
Kolejny podmuch wiatru rozwiewa moje włosy. Nagle, wśród szumu fal do moich uszu dobiega tak długo oczekiwany głos! Jesteś?
Moje serce z sekundy na sekundę zaczyna bić szybciej. Czy to możliwe? Ty?
Powoli odwracam głowę i wśród bladości piasku szukam choćby najmniejszych śladów zieleni, najpiękniejszego koloru, którego niezmierzoną głębią Bóg obdarzył Twoje oczy. Bezskutecznie wytężam wzrok, wciąż widzę tylko piasek, pustkę, przestrzeń… pustą martwą przestrzeń.
Ostatni raz pochylam głowę. W wodzie odbija się twarz człowieka, z pewnością najsmutniejszego na świecie. Aż trudno uwierzyć, że to ja.
Powoli podążam ku niekończącej się przestrzeni błękitu, który łagodnie przechodzi z zimnego i mokrego w ciepły, niebiański.
Idę…
Zimno dotyka już prawie całego mojego ciała. Spienione fale rozbijają się o moje ramiona. Ostatni promień słońca ogrzewa moją twarz. Jeszcze raz spoglądam przed siebie, po czym zamykam oczy i tak jak słońce zanurzam się w zimnym błękicie. Towarzyszę mu w wędrówce, z tą różnicą, że ono odrodzi się jutro, a ja?
Nie mam już mnie. Jest tylko kolejna słona kropla w niezmierzonym o c e a n i e.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz